A gdyby tak zaszaleć...


Usłyszałam niedawno historię pewnego tłumacza, który wykazał się niezwykłą wyobraźnią, przygotowując napisy do filmu. Podobno z oryginałem nie zgadzało się tam nic. Nawet nie można było mówić o błędach, po prostu powstał świat równoległy. Film sobie, tekst sobie. Musiało to być dość zaskakujące dla osób, które rozumiały słowa płynące z ekranu i czytały pod spodem zupełnie inne historie. Reszta widzów próbowała zapewne dopasować słowa do przebiegu akcji na ekranie i miała z tym spory problem.

Kiedy koleżanki opowiadały mi tę historię, która podobno wydarzyła się naprawdę, pomyślałam sobie, że zabawnie byłoby przeprowadzić taki eksperyment w prawdziwym życiu. Od lat mam ochotę napisać książkę, w której nic nie będzie się zgadzać z rzeczywistością, ale wszystko będzie wskazywało na to, że się zgadza. Może wywiad rzeka z Adamem Mickiewiczem, który krytykuje Sienkiewicza? A może opowieść o tym, jak sekta saporian wpłynęła na losy świata poprzez dokonywanie tajnych rytualnych degustacji i decydowanie, jaki smak może zostać udostępniony ludzkości. Kiedy byłam mała, wyobrażałam sobie, że jestem tajnym agentem i wszystko, co się wokół mnie dzieje (klasówki i pały z chemii też), to element tajnej akcji wywiadowczej. Ciągnie mnie bezwzględnie do gry światów równoległych…

Może tłumacz feralnego filmu również miał w sobie taką tęsknotę. Może pragnął obudzić się któregoś dnia jako ktoś zupełnie inny. W jego szafie zamiast powyciąganych swetrów intelektualisty wisiałyby eleganckie marynarki Jamesa Bonda. W skrzynce pocztowej zamiast listów z gazowni kryłyby się zaproszenia na zagraniczne sympozja. A w barku zamiast taniego wina z dyskontu stałaby przednia whisky, prezent od jakiegoś zaprzyjaźnionego prezydenta.

Pewnie gdybym była szefem tego tłumacza, wyrzuciłabym go po takim numerze z pracy. Ale potem umówiłabym się z nim na kawę, żeby dowiedzieć się, co mu w duszy tak wariacko zagrało…

Pozdrawiam z dziwnych rejonów własnego świata