Taka miła chwila



Kiedy patrzę na to zdjęcie, widzę przede wszystkim żabę, która się nie boi. Z zaciekawieniem przygląda się bocianowi, który jest tak zajęty sobą, że nic go nie interesuje, nawet potencjalna ofiara siedząca na wyciągnięcie dziobu. Żaba wie, że w tej chwili jest bezpieczna, bo jej odwieczny wróg właśnie podrywa się do lotu, może pomknie ku ciepłym krainom, może wróci za parę chwil. Może wtedy pomyśli o zjedzeniu żaby. Ale teraz jest spokojnie i bezpiecznie. On wzlatuje ku słońcu, ona wygrzewa się na nasłonecznionym brzegu czary fontanny. Szczęśliwy moment, mgnienie oka zatrzymane po kres dni. Lubię to zdjęcie, bo przypomina, że nawet w bezwzględnym świecie zdarzają się chwile ciepłe i dobre.

A bocian i żaba znajdują się w toskańskim Montecatini Terme, w urokliwym parku, po którym przechadzają się kuracjusze i odpoczywający po zwiedzaniu turyści.

Bukiet prosto z nieba


Kiedy byłam mała, wierzyłam, że wszystko, co jest niebieskie, musiało kiedyś dotknąć nieba. Z dzieciństwa pamiętam wiele niebieskości, ale niebieskie kwiaty zobaczyłam dopiero, gdy dorosłam. I choć byłam już daleko od dziecięcych zachwytów, błękitne płatki kwiatów wywołały we mnie eksplozję radości. Pomyślałam sobie wtedy, że ktoś wysoki stanął na palcach i dotknął bukietem nieba. A potem, kilka lat później, kiedy zaczęłam jeździć do Włoch, odkryłam, że niebieskich kwiatów jest dużo więcej, nie wszystkie w bukietach, niektóre bardzo blisko ziemi. Nikt nie mógł ich podnieść do nieba. Czyli możliwe jest, że niebo czasami, może pod osłoną nocy, spada na ziemię i zostawia swoje błękitne ślady tuż obok nas.... Od bardzo dawna już wiem, że kwiatowy błękit nie ma nic wspólnego z niebem, wciąż jednak mnie to zachwyca, oszałamia i poprawia dzień.

A te niebieskości sfotografowałam na Gargano, we włoskim regionie Apulia. Piękne miejsce, pod szczególną opieką nieba.

No to w drogę!


Zdjęcie zrobiłam podczas jednej z wielu moich wizyt w Montepulciano. To toskańskie miasteczko ma w sobie tak silną energię i tyle uroku, że stało się jednym z bohaterów mojej nowej książki "Księżyc nad Rzymem". Mimo że Laura i Andrea spotykają się w Rzymie i ich historia dopełnia się w stolicy, Montepulciano jest bliskie im obojgu, choć minie trochę czasu, nim to odkryją. 

Dla mnie Montepulciano jest między innymi miastem zaskakujących wystaw, udało mi się obejrzeć, a czasem sfotografować wiele pięknych zaproszeń do wejścia. Te buciki stały przed niepozornym, sklepikiem, skrytym za nierzucającymi się w oczy drzwiami. Nie sposób ich było nie zauważyć i uśmiechnąć się do tej niezwykłej radości. Gdybym mogła, wybrałabym buty z błękitem porannego nieba w środku i pomarańczem zachodzącego słońca na zewnątrz. W takich butach to ja bym mogła ruszyć w świat...

Okno na słoneczny świat

W słonecznych stronach świata niebo jest błękitne co do zasady. A z tym błękitem do domu wchodzi blask i ciepło, które sprawiają, że życie staje się przyjemniejsze. Nie wiem, czy lepsze, ale przyjemniejsze na pewno. Można wyjść przed dom, posiedzieć na ławeczce, porozmawiać z sąsiadami. U nas w chłodnym klimacie pozostaje oglądanie świata przez liście paprotki ustawionej na parapecie. Bo za zimno, by nos z domu wystawić. A tam szkoda siedzieć w domu. Otwiera się okna na oścież, wypuszcza koty i psy, pozwala dzieciom na szaleństwa z piłką. Błękit otwiera dusze i zachęca do uśmiechu. No bo jak tu się nie uśmiechnąć na widok pojedynczego obłoczku na cudownie nudnym błękitnym niebie.

Zdjęcie zrobiłam w Atenach. Dzień był upalny, nogi obolałe, woda wypita, a do przejścia jeszcze szmat drogi. A mimo to wszyscy byliśmy w doskonałych humorach. Na pewno przez ten ozdobiony starożytnością błękit...

Księżyc nad Rzymem


Otóż i pojawiło się na świecie moje kolejne pisarskie dziecko. Radość tym większa, że w zgodzie z marzeniami udało mi się zanurzyć literacko we włoskich klimatach, wykreować historię miłości do Włoch, do Włocha, do życia, do upału... Nieobiektywnie przyznaję, że powieść jest wypełniona radością i przyjemnością. Zapraszam do świata, w którym wszystko jest bardziej intensywne.

Drzwi do nieba


Lubię podczas swoich podróży fotografować domofony, kołatki, klamki, skrzynki pocztowe, kwiaty przy drzwiach i krzesła wystawione przed dom. Wszystko, co zdradza właściciela. Wszystko, co pokazuje kawałek świata, w którym na zewnątrz żyje się nawet częściej niż w środku. U nas wciąż jeszcze są osoby, które wystawiają na klatkę schodową ubłocone buty i worki ze śmieciami, żeby nie psuły domowego ideału. Centrum naszego życia jest w czterech ścianach, a na zewnątrz robi się magazyn i śmietnik. Tam, gdzie jest ciepło, ludzie przenoszą się przed domy. Siadają na ławeczkach, wystawiają kwiaty, toczą życie towarzyskie. Dbają również o ten kawałek świata, który poprzedza ich dom.

Te drzwi prowadziły do skromnego mieszkania w małej toskańskiej mieścinie. Ale obrazek namalowany przez córkę właścicieli sprawiał, że każdemu chciało się przystanąć, zagadać, spędzić miłą chwilę w towarzystwie starszej pani, która częstowała cukierkami.

Podnieś głowę!


Mam 156 cm wzrostu, siłą rzeczy oglądam więc świat z perspektywy mrówki (żaby, biedronki, żuczka i co tam jeszcze przyjdzie komu do głowy w kategorii małych stworzeń). Znam przydrożne kamienie, urokliwe klamki i kołatki, okna w parterowych domkach i skrzynki pocztowe przy furtkach. Słowem, wszystko, co znajduje się na wysokości moich oczu. Niedaleko od ziemi. Fotografuję to w uniesieniu i nieopanowaniu. Ale czasami zdarza mi się wedrzeć do świata znacznie powyżej mnie. Wspinam się na górki, wchodzę po setkach kręconych schodów albo po prostu zadzieram głowę. Wciąż jestem wtedy mrówką, ale zachwyconą. I choćby dla tej jednej chwili warto przełamać mrówczy schemat...

A zdjęcie zrobiłam w Toskanii, w jakimś zrujnowanym domu z całkiem malowniczą wieżą, która otworzyła się przede mną błękitem.