Bezczelność duszy mej wybiera się na emeryturę


„Szanowna Pani!

Piszę do pani w smutku, albowiem nastał on w mej duszy nieodwracalnie, gdy dostrzegłam, a właściwie nie dostrzegłam… Ale od początku. Gdy byłam młodą panną pryszczatą, wypełniało mnie przekonanie, że świat składa się z młodych i starych. Młodzi byli mniej więcej w moim wieku, reszta była stara. Po latach odkryłam, że stary kolega miał wówczas 25 lat, a stare ciotki z drugiego piętra, które wydawały mi się posępnymi czarownicami z zamierzchłej przeszłości, były młodsze niż ja teraz. Można się zażyletkować, jak sobie człowiek to uświadomi. Przestałam patrzeć w oczy nastolatkom, bo widzę w ich oczach wiedźmę z czasów przedhistorycznych. Normalnie stara baśń…

Mam w domu kalendarz, więc upływ czasu jest mi mniej więcej wiadomy. Stukały kolejne rocznice, ale ja wciąż zachowywałam pogodę duszy, gdyż lekko niedotlenione serce podpowiadało, że jest świetnie, a mózg zasuwał na najwyższych obrotach i przy sudoku, i przy scrabble. No, ale nadeszła ta chwila, gdy… I tu właśnie chciałam przejść do powodu smutku mego.

Otóż pewnego spokojnego wieczoru, gdy dusza ma zapragnęła uradować się losami pięknej heroiny, okazało się, że pod moją nieobecność ktoś dokonał aktu haniebnego. Mianowicie zmniejszył literki w książce. Jakże straszliwym było odkrycie, że czyn ten objął całą moją biblioteczkę! A nawet lodówkę, albowiem skład sałatki śledziowej stał się dla mnie od tej chwili nieodgadnioną tajemnicą. Ba, nawet jej termin przydatności do spożycia okazał się skutkiem zdradzieckiego działania sił wrogich. Na wszelki wypadek zjadłam ją więc od razu. Resztę lodówki też.

Jedyne, co koi mój żal i smutek, to nadzieja, że wrogie siły w trakcie czynienia mojego życia nieznośnym nie zapomniały zmniejszyć również liczb na wadze…

Z poważaniem, Cecylka z Otwocka”


Droga Cecylio!
Z uwagą przeczytałam list pani i przyznaję, że i w moim życiu pojawiły się złowieszcze oznaki działania sił wrogich. Podwyższają mi schody i wydłużają drogę, a przede wszystkim przez sen aplikują w giętkie me ciało szyny stalowe unieruchamiające. Ileż to się człowiek rano musi namęczyć, by wrócić do stanu z wieczora. Ileż się trzeba nasapać, by wejść na pierwsze piętro. Ile oddechów zgubić, pędząc do autobusu, który stoi pięć metrów dalej.

Ja wiem, wiem, nijak się to ma do haniebnie zmniejszonych liter, ale zapewniam panią, że ból duszy mej jest równie wielki. Tej duszy, która przez dziesięciolecia żyła w przeświadczeniu, że wszystkich świat złamie, ale jej nie. Że droga przed nią jasna i płaska. Że dotrwa do końca dni swoich młoda, giętka i niezasapana. Otóż nie! I to rozczarowanie bezczelnie młodej duszy jest chyba bardziej bolesne niż łupanie w kręgosłupie.

Niech się pani nie żyletkuje i nie patrzy w oczy nastolatkom. Na szczęście jest nas, starych wiedźm, trochę na tej ziemi i jakoś razem damy radę.

                                                           Pozdrawiam z zadyszką
                                                           Magdalena

Pod rękę z lekkim absurdem


Niedawno zastanawiałam się, czy miganą rozmowę osób głuchoniemych bardziej się słucha czy ogląda. I czy to nadal jest rozmowa, skoro nie ma w niej mowy. Przyznaję uczciwie, że nie poświęciłabym tej kwestii tyle uwagi, gdyby nie prowokacyjne pytanie kogoś, kto lubi stawać pod światło i zmuszać drugą osobę do intelektualnego mrużenia oczu. No więc przymrużyłam, zastanowiłam się, a potem, nie udzieliwszy sensownej odpowiedzi, przemknęłam do tematu z pogranicza słuchania oczami i patrzenia uszami. Żeby nie było, że zlekceważyłam zagadnienie całkowicie… Chodzi mianowicie o synestezję.

Od dawna przeczuwałam, że istnieje świat alternatywny, gdzie zmysły mieszają się bezczelnie i wbrew logice. Powąchać dźwięk? Polizać zapach? Przytulić smak? Proszę bardzo, zapraszamy. Tu wszystko jest możliwe, tu każdy z każdym jak na porządnym balu kostiumowym w barokowej Wenecji. Zmysłowy zawrót głowy, nikt nie ma czasu, by zastanawiać się, co wypada, co jest dozwolone. Zabawa trwa, trzeba tańczyć, nim nadejdzie płaski, beznamiętny świt.

Tyle poezja. Czas na prozę. Synestezja to zjawisko badane i opisywane przez świat naukowy. Naukowcy lubią zderzać się z tym, co nie poddaje się zderzeniom, zderzyli się więc z synestezją. Prawie im się udało upchnąć ją w ramki definicji i teorii, na szczęście wciąż jeszcze pozostaje smaczek niedopowiedzenia, margines radosnej kreacji. Synestezja bowiem jest to stan, w którym doświadczenie jednego zmysłu uruchamia inny zmysł. Dźwięki mogą wydawać się miękkie, kolory chłodzą, zapach jest gorzki lub kwaśny. Krótko mówiąc, radosny groch z kapustą. Tyle udało się stwierdzić. Teraz naukowcy biedzą się nad przyczynami. Jednym wyszło, że to przejaw słabości mózgu, który nie umie pooddzielać od siebie odmiennych impulsów, inni wręcz przeciwnie – uważają, że synestezja to wyższy stopień wtajemniczenia, umiejętność łączenia ze sobą obszarów mózgu, które zazwyczaj pozostają na siebie wzajemnie niewrażliwe. Wybieram wariant drugi, wolę być na wyższym poziomie umysłu niż przyjąć, że mój mózg ma wyraźną słabość. Tak, tak, i mnie się zdarza zmysłów splątanie. Nie odfruwam w rejony tajemne, wciąż smak jest smakiem, a zapach zapachem, ale już kolory zapraszają do szalonego tańca na pograniczu samych siebie. Lubią, kiedy je widzę, jednak wdzierają się też na terytorium innych zmysłów, kolorują mi smaki i dźwięki. Dawno, dawno temu wydawało mi się, że wszyscy czują tak samo jak ja. Z ogromnym zdziwieniem odkryłam, że tak nie jest. Na szczęście. Dzięki temu mogę uprawiać moje własne sekretne świata malowanie. A potem je opisywać. Na przykład w książce pod tytułem „Powąchaj błękit, czyli o radosnym zmysłów poplątaniu”…

Pozdrawiam kolorowo

Czy są panie w błogostanie?


Wczoraj spędziłam dwie godziny na trawie. Czas płynął, słońce świeciło, było dobrze. I nagle pojawiła się myśl pracowita, zdyszana, z listą zadań do wykonania, z poczuciem winy i potrzebą odpokutowania każdej przerwy, na jaką sobie pozwala. Tyle rzeczy do zrobienia, tyle słów do napisania, tyle przecinków do poprawienia… A ona leży na trawie, bezczelna!


Współczesny świat stoi pracą. Nie żebyśmy wszyscy kochali pracę, ale wdrukowano nam w umysły, że to wartość nadrzędna, przedmiot pożądania, zamiłowania, zainteresowania. Wszystko podporządkowano pracy. Jest pracodawca i pracownik, prawo pracy, Kodeks pracy, bezpieczeństwo i higiena pracy, inspekcja pracy, ministerstwo pracy. Potwór rośnie. I tylko gdzieś w tle, w najciemniejszym zakamarku serca popiskuje cichutko on – odpoczynek. Lekceważony, spychany do podziemia, utożsamiany z lenistwem i nieodpowiedzialnością. Daje mu się prawo do istnienia, o ile on sam nie wyjdzie przed szereg i nie straci z pola widzenia pracy.

A gdyby tak odwrócić całą sytuację do góry nogami, odpoczynek uczynić wartością nadrzędną, pożądaną i umiłowaną? Zająć się bezpieczeństwem i higieną relaksu, ustanowić Kodeks bezpracy, powołać do życia ustawy i rozporządzenia urlopowe. A inspekcję pracy przemianować na inspekcję wytchnienia lub inspekcję opieki nad odpoczynkiem. W jej strukturze znalazłoby się miejsce na departament czasu wolnego, departament przygody i podróży oraz departament pasji i namiętności. Zorganizowano by też sekcję specjalną dolce farniente, a ja zostałabym głównym specjalistą od twórczego bezruchu. Już mi dobrze.

I wcale w tym wszystkim nie chodzi o to, by raz na zawsze porzucić pracę. Rzecz raczej w tym, by odpoczywać bez wyrzutów sumienia, by dać sobie prawo do celebrowania przerw od pracy w sposób totalny, nie na pół gwizdka, nie z telefonem przy uchu, nie z myślami o tym, co trzeba jutro zrobić. Odpoczynek od pracy zawodowej, odpoczynek od pracy domowej, odpoczynek od samego siebie, tego, który jest zawsze w pogoni i na baczność. Przewracanie się z boku na bok, patrzenie w niebo przez przymrużone oczy, wyłapywanie słonecznych promieni. A kiedy myśl pracowita i natrętna w końcu się zrelaksuje, całkiem niezłe pomysły przychodzą jej wtedy na myśl. Mnie wczoraj obdarzyła pomysłem na nową książkę. I wystarczyło tylko przestać pracować…

Pozdrawiam odprężająco