Podróż w kolorze błękitu


Jeśli już wyruszać w podróż w stronę słońca, to z klasą i fantazją. Na przykład takim małym samochodzikiem w kolorze nieba, do tego francuska prowincja, chrupiąca bagietka i zapach lawendy. Właściwie prowincja mogłaby być włoska, a nawet polska (byle latem). Najważniejsze, by pamiętać o tych wszystkich drobiazgach, które zmieniają życie w piękną przygodę. Więc jeśli nie niebieski samochód, to chociaż niebieskie buciki...

A to śliczne autko stało sobie radośnie pod jakimś murem nieopodal targu warzywnego w Prowansji.

Kolorowe radości


Na szarych, zakurzonych drogach zdarzają się kolorowe niespodzianki. Czasami naprawdę niewiele trzeba, żeby rozjaśnić wędrówkę, nawet tę krótką, do sklepu czy do pracy (no dobra, żeby rozjaśnić wędrówkę do pracy, trzeba jednak całkiem sporej niespodzianki). To, co się liczy w tej wędrówce, to zauważanie.

Te doniczki zauważyłam w pewnym greckim miasteczku, kiedy niebo zasłoniło się stalową powłoką chmur i zupełnie zepsuło mi pocztówkowe zdjęcia biało-niebieskich domków. Na szczęście kilka doniczek uratowało mój humor, a tzatziki zjedzone chwilę później w przydrożnym barze dokończyły dzieła wznoszenia mnie na wyżyny szczęścia, chociaż chmury nadal wisiały nad miastem.

Ławeczka pełna szyku


A  gdyby tak przewędrować świat w poszukiwaniu ławeczki idealnej? Musi  być piękna lub przynajmniej stylowa, musi stać w ciepłej stronie świata i zapewniać lepsze widoki na przyszłość. Powinna być jak przyjaciółka, która zawsze ukoi skołatane serce. Byłoby pięknie, jakby w pobliżu była dobra kawiarnia z prawdziwą kawą i ktoś sympatyczny, kto ma czas na rozmowę. Ech, rozmarzyłam się...

Tę ławeczkę znalazłam na wyspie Lanzarote.

A gdyby tak zaszaleć...


Usłyszałam niedawno historię pewnego tłumacza, który wykazał się niezwykłą wyobraźnią, przygotowując napisy do filmu. Podobno z oryginałem nie zgadzało się tam nic. Nawet nie można było mówić o błędach, po prostu powstał świat równoległy. Film sobie, tekst sobie. Musiało to być dość zaskakujące dla osób, które rozumiały słowa płynące z ekranu i czytały pod spodem zupełnie inne historie. Reszta widzów próbowała zapewne dopasować słowa do przebiegu akcji na ekranie i miała z tym spory problem.

Kiedy koleżanki opowiadały mi tę historię, która podobno wydarzyła się naprawdę, pomyślałam sobie, że zabawnie byłoby przeprowadzić taki eksperyment w prawdziwym życiu. Od lat mam ochotę napisać książkę, w której nic nie będzie się zgadzać z rzeczywistością, ale wszystko będzie wskazywało na to, że się zgadza. Może wywiad rzeka z Adamem Mickiewiczem, który krytykuje Sienkiewicza? A może opowieść o tym, jak sekta saporian wpłynęła na losy świata poprzez dokonywanie tajnych rytualnych degustacji i decydowanie, jaki smak może zostać udostępniony ludzkości. Kiedy byłam mała, wyobrażałam sobie, że jestem tajnym agentem i wszystko, co się wokół mnie dzieje (klasówki i pały z chemii też), to element tajnej akcji wywiadowczej. Ciągnie mnie bezwzględnie do gry światów równoległych…

Może tłumacz feralnego filmu również miał w sobie taką tęsknotę. Może pragnął obudzić się któregoś dnia jako ktoś zupełnie inny. W jego szafie zamiast powyciąganych swetrów intelektualisty wisiałyby eleganckie marynarki Jamesa Bonda. W skrzynce pocztowej zamiast listów z gazowni kryłyby się zaproszenia na zagraniczne sympozja. A w barku zamiast taniego wina z dyskontu stałaby przednia whisky, prezent od jakiegoś zaprzyjaźnionego prezydenta.

Pewnie gdybym była szefem tego tłumacza, wyrzuciłabym go po takim numerze z pracy. Ale potem umówiłabym się z nim na kawę, żeby dowiedzieć się, co mu w duszy tak wariacko zagrało…

Pozdrawiam z dziwnych rejonów własnego świata



Bezczelność duszy mej wybiera się na emeryturę


„Szanowna Pani!

Piszę do pani w smutku, albowiem nastał on w mej duszy nieodwracalnie, gdy dostrzegłam, a właściwie nie dostrzegłam… Ale od początku. Gdy byłam młodą panną pryszczatą, wypełniało mnie przekonanie, że świat składa się z młodych i starych. Młodzi byli mniej więcej w moim wieku, reszta była stara. Po latach odkryłam, że stary kolega miał wówczas 25 lat, a stare ciotki z drugiego piętra, które wydawały mi się posępnymi czarownicami z zamierzchłej przeszłości, były młodsze niż ja teraz. Można się zażyletkować, jak sobie człowiek to uświadomi. Przestałam patrzeć w oczy nastolatkom, bo widzę w ich oczach wiedźmę z czasów przedhistorycznych. Normalnie stara baśń…

Mam w domu kalendarz, więc upływ czasu jest mi mniej więcej wiadomy. Stukały kolejne rocznice, ale ja wciąż zachowywałam pogodę duszy, gdyż lekko niedotlenione serce podpowiadało, że jest świetnie, a mózg zasuwał na najwyższych obrotach i przy sudoku, i przy scrabble. No, ale nadeszła ta chwila, gdy… I tu właśnie chciałam przejść do powodu smutku mego.

Otóż pewnego spokojnego wieczoru, gdy dusza ma zapragnęła uradować się losami pięknej heroiny, okazało się, że pod moją nieobecność ktoś dokonał aktu haniebnego. Mianowicie zmniejszył literki w książce. Jakże straszliwym było odkrycie, że czyn ten objął całą moją biblioteczkę! A nawet lodówkę, albowiem skład sałatki śledziowej stał się dla mnie od tej chwili nieodgadnioną tajemnicą. Ba, nawet jej termin przydatności do spożycia okazał się skutkiem zdradzieckiego działania sił wrogich. Na wszelki wypadek zjadłam ją więc od razu. Resztę lodówki też.

Jedyne, co koi mój żal i smutek, to nadzieja, że wrogie siły w trakcie czynienia mojego życia nieznośnym nie zapomniały zmniejszyć również liczb na wadze…

Z poważaniem, Cecylka z Otwocka”


Droga Cecylio!
Z uwagą przeczytałam list pani i przyznaję, że i w moim życiu pojawiły się złowieszcze oznaki działania sił wrogich. Podwyższają mi schody i wydłużają drogę, a przede wszystkim przez sen aplikują w giętkie me ciało szyny stalowe unieruchamiające. Ileż to się człowiek rano musi namęczyć, by wrócić do stanu z wieczora. Ileż się trzeba nasapać, by wejść na pierwsze piętro. Ile oddechów zgubić, pędząc do autobusu, który stoi pięć metrów dalej.

Ja wiem, wiem, nijak się to ma do haniebnie zmniejszonych liter, ale zapewniam panią, że ból duszy mej jest równie wielki. Tej duszy, która przez dziesięciolecia żyła w przeświadczeniu, że wszystkich świat złamie, ale jej nie. Że droga przed nią jasna i płaska. Że dotrwa do końca dni swoich młoda, giętka i niezasapana. Otóż nie! I to rozczarowanie bezczelnie młodej duszy jest chyba bardziej bolesne niż łupanie w kręgosłupie.

Niech się pani nie żyletkuje i nie patrzy w oczy nastolatkom. Na szczęście jest nas, starych wiedźm, trochę na tej ziemi i jakoś razem damy radę.

                                                           Pozdrawiam z zadyszką
                                                           Magdalena

Pod rękę z lekkim absurdem


Niedawno zastanawiałam się, czy miganą rozmowę osób głuchoniemych bardziej się słucha czy ogląda. I czy to nadal jest rozmowa, skoro nie ma w niej mowy. Przyznaję uczciwie, że nie poświęciłabym tej kwestii tyle uwagi, gdyby nie prowokacyjne pytanie kogoś, kto lubi stawać pod światło i zmuszać drugą osobę do intelektualnego mrużenia oczu. No więc przymrużyłam, zastanowiłam się, a potem, nie udzieliwszy sensownej odpowiedzi, przemknęłam do tematu z pogranicza słuchania oczami i patrzenia uszami. Żeby nie było, że zlekceważyłam zagadnienie całkowicie… Chodzi mianowicie o synestezję.

Od dawna przeczuwałam, że istnieje świat alternatywny, gdzie zmysły mieszają się bezczelnie i wbrew logice. Powąchać dźwięk? Polizać zapach? Przytulić smak? Proszę bardzo, zapraszamy. Tu wszystko jest możliwe, tu każdy z każdym jak na porządnym balu kostiumowym w barokowej Wenecji. Zmysłowy zawrót głowy, nikt nie ma czasu, by zastanawiać się, co wypada, co jest dozwolone. Zabawa trwa, trzeba tańczyć, nim nadejdzie płaski, beznamiętny świt.

Tyle poezja. Czas na prozę. Synestezja to zjawisko badane i opisywane przez świat naukowy. Naukowcy lubią zderzać się z tym, co nie poddaje się zderzeniom, zderzyli się więc z synestezją. Prawie im się udało upchnąć ją w ramki definicji i teorii, na szczęście wciąż jeszcze pozostaje smaczek niedopowiedzenia, margines radosnej kreacji. Synestezja bowiem jest to stan, w którym doświadczenie jednego zmysłu uruchamia inny zmysł. Dźwięki mogą wydawać się miękkie, kolory chłodzą, zapach jest gorzki lub kwaśny. Krótko mówiąc, radosny groch z kapustą. Tyle udało się stwierdzić. Teraz naukowcy biedzą się nad przyczynami. Jednym wyszło, że to przejaw słabości mózgu, który nie umie pooddzielać od siebie odmiennych impulsów, inni wręcz przeciwnie – uważają, że synestezja to wyższy stopień wtajemniczenia, umiejętność łączenia ze sobą obszarów mózgu, które zazwyczaj pozostają na siebie wzajemnie niewrażliwe. Wybieram wariant drugi, wolę być na wyższym poziomie umysłu niż przyjąć, że mój mózg ma wyraźną słabość. Tak, tak, i mnie się zdarza zmysłów splątanie. Nie odfruwam w rejony tajemne, wciąż smak jest smakiem, a zapach zapachem, ale już kolory zapraszają do szalonego tańca na pograniczu samych siebie. Lubią, kiedy je widzę, jednak wdzierają się też na terytorium innych zmysłów, kolorują mi smaki i dźwięki. Dawno, dawno temu wydawało mi się, że wszyscy czują tak samo jak ja. Z ogromnym zdziwieniem odkryłam, że tak nie jest. Na szczęście. Dzięki temu mogę uprawiać moje własne sekretne świata malowanie. A potem je opisywać. Na przykład w książce pod tytułem „Powąchaj błękit, czyli o radosnym zmysłów poplątaniu”…

Pozdrawiam kolorowo